Przejdź do treści
Pracuj Sportem

Rozmowa 10 · 62 min · 15.10.2026

Po ostatnim biegu czułam ulgę

Przez lata chciała zrealizować potencjał, który w sobie odkryła. Anna Kiełbasińska jest wicemistrzynią olimpijską z Tokio i wicemistrzynią świata z Dohy w sztafecie 4×400 m, halową mistrzynią Europy i trzykrotną olimpijką. Karierę skończyła w czerwcu 2024 roku. Rozmawiamy o tym, z czego żyje się po sporcie, co dzieje się w głowie pięć minut przed startem i gdzie kończy się twardość, a zaczyna głupota.

Odtwarzacz YouTube ładuje się dopiero po kliknięciu.

Rozmowa w pięciu zdaniach

  • Jej celem w sporcie nie było samo wygrywanie, tylko zrealizowanie potencjału, który w sobie odkryła.
  • Po karierze jest freelancerką z kilkoma źródłami przychodu. Najwięcej czasu i emocji zabiera jej stowarzyszenie, na którym nie zarabia.
  • Pięć minut przed startem stres potrafił odebrać jej czucie ciała. Pomogło zdystansowanie się do myśli i emocji i powrót do ciała.
  • Granicę między twardością a głupotą widać dopiero po karierze, a z ciałem sportowca żyje się do końca życia.
  • Dzieci powtarzają to, co widzą u dorosłych. Trenerzy powinni nauczyć się mówić do nowego pokolenia tak, żeby nikogo nie krzywdzić.

Potencjał zamiast wygrywania

Kiedy Szymon przedstawia ją jako sprinterkę, Ania od razu dopowiada: „Była”. Przy trzykrotnej olimpijce też ma poprawkę. W Paryżu nie startowała, ale była tam z telewizją jako ekspertka, więc mogłaby liczyć cztery igrzyska. Dwa lata po karierze patrzy na sport z innego miejsca: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i to jest jedno z najmądrzejszych określeń, które mogę tutaj użyć”.

Pierwsze pytanie zakłada, że przez 20 lat w sporcie miała jeden cel, czyli wygrywanie. Ania odpowiada inaczej: „moim celem było realizowanie mojego potencjału, który odkryłam”.

Stowarzyszenie, na którym nie zarabia

Dziś najwięcej pracy wkłada w Good Sport Society, stowarzyszenie, które założyła z Anną Jagaciak-Michalską. Ania jest prezeską, ale z tytułu się śmieje, bo „my jesteśmy 50-50 tak samo ważne w tym stowarzyszeniu”. Początek porównuje do kariery sportowej, kiedy zaczynasz, nie wiedząc, dokąd cię to zaprowadzi: „musisz włożyć w to bardzo dużo pracy (…) musi ona być powtarzalna, konsekwentna i systematyczna”.

Efektów jeszcze nie widać. Stowarzyszenie starało się o dofinansowanie w pięciu konkursach i nic nie dostało, choć pomysł wszyscy chwalili. „Wszyscy ci mówią super, brakuje tego, róbcie to (…) po czym okazuje się, że nikt nie jest tym zainteresowany na tyle, żeby ci pomóc”. Ania nazywa to wprost porażką.

„Więc na chwilę upadasz, ale już stajemy, otrzepujemy się, łapiemy oddech”.

Teraz zmieniają kierunek. Zamiast przekonywać, że mają świetny pomysł, układają z niego pakiet, a odbiorcą coraz częściej jest młodzież. Dlaczego w ogóle to robi? „Po zakończeniu kariery mam w sobie silne poczucie tego, że chcę się dzielić tym, co doświadczyłam”. Do tego dochodzi odpowiedzialność za markę osobistą, która dla niej „to nie są tylko zasięgi na Instagramie (…) ale też to jaki komunikat, jaka wartość z tego idzie”.

Produktem jestem ja

Na życie zarabia jako freelancerka i źródła przychodu musiała zdywersyfikować sama. Jednym z projektów jest kawa: z palarnią Miga Coffee stworzyła trzy produkty, dwa są w sprzedaży. Najważniejszy produkt nazywa jednak wprost i nie czuje się z tym dobrze: „główny produkt to jestem, niestety to brzmi fatalnie, ale to jestem ja i ten autorytet, który budowałam w sobie przez lata”. Fatalnie, bo wtedy „ty jako człowiek jesteś produktem”. Szymon odpowiada, że w firmie też każdy jest trochę produktem, który ma dowieźć wynik.

Łączenie kilku zajęć nie jest dla niej nowe. „W sporcie też łączysz wiele projektów w jeden”, mówi. Na wysokim poziomie zarządzasz kilkoma mniejszymi projektami, które składają się na „ten jeden wielki, jakim jest ten performance na zawodach”.

Czy sprzedawałaby mentoring młodszym sportowcom, jak robi wielu sportowców w Stanach? Chętnie pomaga, kiedy ktoś się do niej odezwie, „ale żeby z tego robić zawód dzisiaj, to nie czuję tego”. Uważa też, że polskich sportowców zwykle nie stać na kolejną osobę od mentoringu. A ktoś z zewnątrz i tak ma swoje granice.

„Każdy dla takiego młodego sportowca może być trochę kierunkowskazem, ale nikt nie może za nich podjąć decyzji”.

Sztafeta bez wielkiego team spirit

Ania przez lata mówiła o sobie, że nie jest team playerką. Najważniejsze medale, olimpijskie srebro, wicemistrzostwo świata i halowe złoto mistrzostw Europy, zdobyła jednak w sztafecie. Jak to pogodzić? Po pierwsze, zdanie o sobie zmieniła, kiedy zaczęła trenować w międzynarodowej grupie. Wtedy, jak mówi, „nagle się okazało”, że bycie team playerką nie jest dla niej problemem.

Po drugie, sztafeta 4×400 metrów to według niej nie jest skomplikowane równanie. W porównaniu ze zmianą w 4×100, której uczyła się latami, przekazanie pałeczki na 400 metrach „jest naprawdę banalne i trudno jest to zepsuć”. Najwięcej zyskujesz na własnym odcinku, a na niego pracujesz cały rok w pojedynkę.

„Więc jak już zrobisz tą robotę, a ją robisz sama, nie robisz jej z dziewczynami (…) tylko przez cały rok robisz sama tą pracę”.

Wniosek? Nie potrzeba wielkiego team spirit, „potrzeba czterech albo pięciu szybko biegających dziewczyn”.

Ze 100 metrów na 400

Ania przez lata biegała 100 i 200 metrów, choć od juniorskich czasów wiedziała, że ma potencjał do dłuższego dystansu. Długo go nie wykorzystywała z powodu choroby, którą wtedy ukrywała. Bała się, że ciężki trening osłabi odporność, a to uaktywni chorobę i straci więcej włosów. Kiedy to się stało mimo sprintu, coś się zmieniło.

„Jak już prawie nie miałam nic do stracenia, bo wszystko wypadło, to też doszłam do takiego po pierwsze pogodzenia się z tym, że jestem chora, powiedziałam o tym głośno i już miałam przed sobą tylko właściwie możliwości”.

Decyzję przypieczętowały igrzyska w Rio. Złamała 23 sekundy na 200 metrów i mimo to nie weszła do półfinału. Miała 26 lat i uznała, że na tym dystansie wiele już nie zrobi. Zmiana trwała kilka lat. Były sukcesy i były błędy, a w wieku 30 lat zmieniła trenera, bo „trzeba albo w jedną, albo w drugą stronę”. W wieku 31 lat pobiegła 400 metrów w 50,28 s, co jest trzecim wynikiem w historii polskiej lekkoatletyki.

Zmiany lubi, nawet te, które nie zależą od niej: „nawet taka najgorsza, która na początku mi się nie podobała, to potem jakoś mnie doprowadziła do fajnego momentu”.

Jedenaście lat w mundurze

Od 2013 roku, przez 11 lat kariery, była żołnierką, a etat w wojsku dawał jej spokój finansowy. Załapała się jeszcze na 24-godzinne służby, które w wieku 23–24 lat pełniła sama na obiekcie sportowym. Przeszła też regularne czteromiesięczne szkolenie, trzy miesiące podstawowego i specjalizację, razem z ludźmi spoza sportu. Ze sportowców był tam tylko biathlonista i ona. „Na początku było mi bardzo ciężko”, wspomina. Dziś cieszy się, że ma takie przeszkolenie, i ma nadzieję, że nigdy nie będzie potrzebne.

Czy poleciłaby młodej sportsmence etat w wojsku? Dziś nie widzi innego rozwiązania. Alternatywą jest zarabianie na mediach społecznościowych, ale tego nie poleca.

Decyzja po 150 metrach

O sobie mówi: „ja nie jestem tą, która zastyga, ja jestem tą, która automatycznie działa”. Tego nauczyła ją bieżnia. W biegu na 400 metrów w hali po 150 metrach biegaczki schodzą ze swoich torów do bandy, czyli do wewnętrznej krawędzi bieżni. Jeśli wtedy nie zaatakujesz, „to już jest koniec. To już ktoś inny to podejmie za ciebie i dalej resztę biegu się męczysz”. Dlatego, jak mówi, „musiałam bardzo szybko oceniać i od razu podejmować decyzję”. Opowiadając o tym, poczuła to w ciele.

Pięć minut przed startem

Szymon pyta, co dzieje się w człowieku pięć minut przed wejściem do bloków, czego nie widać w transmisji. Ania opisuje nakręcanie się emocji, zwłaszcza na 400 metrach. Bardzo ci zależy, bo włożyłaś mnóstwo pracy, chcesz zadowolić trenera i siebie, a od startu zależy powołanie. Stres potrafił doprowadzić ją do momentu, „gdzie przestawałam czuć swoje ciało, zaczynałam robić naprawdę głupie błędy”.

„Zamiast być sprinterką, to ja byłam taką gąbką miękką, która nie panowała nad swoim ciałem, bo ten stres po prostu powodował, że te mięśnie robiły się miękkie”.

Druga rzecz to chęć ucieczki. „Zanim wystartowałam, to ja miałam na maksa ochotę uciec. I sobie myślałam, boże, ja chcę do tej kawiarni na tą kawę, jeść ciastko. Przecież to jest miłe, po co ja sobie to robię?”

Przezwyciężała to wiele razy, ale bywała na siebie zła, bo wiedziała, że jest lepiej przygotowana, niż pokazał wynik. Wtedy zaczęła pracę ze specjalistką, z którą uczyła się panować nad emocjami. Chodziło o to, żeby „trochę się zdystansować do myśli i do emocji, a wrócić do ciała, bo to tym ciałem pracuję”. Techniki pomogły jej pokazać na zawodach to, co miała wypracowane. „Ale to był proces też”.

Gdzie kończy się twardość

Pod koniec kariery zdarzało się, że nie kończyła treningów z powodu bólu. Na pytanie o granicę między twardością a głupotą odpowiada, że widać ją dopiero po zakończeniu kariery. W trakcie „jesteś jak taki ten koń wyścigowy z klapkami na oczach i tylko ten cel przed sobą widzisz”.

„Jeżeli ileś razy przejdziesz przez to, co kiedyś wydawało się być nienormalne, no to przestajesz mieć granicę, w której myślisz sobie, że coś jest niewykonalne”.

Zapominasz wtedy, że z ciałem sportowca „będziesz musiał żyć przez resztę (…) swojego życia jeszcze jako ktoś inny, jako ktoś, kto być może będzie rodzicem, kto będzie partnerem, kto będzie w ogóle po prostu sobą”.

Czy wyczyn jest zdrowy?

„Nie jest absolutnie”, mówi Ania, chyba że do pewnego momentu. Dwa lata po karierze ocenia swój stan spokojniej niż na początku: „mam ślady tego i płacę rachunki za tamte decyzje, ale nie jest aż tak źle”. Pierwszy rok wydawał jej się straszny.

Czerwiec 2024, Bydgoszcz

W czerwcu 2024 roku podczas mistrzostw Polski w Bydgoszczy zeszła z bieżni w trakcie eliminacji. Przed biegiem wiedziała, że są dwa wyjścia. Albo pobiegnie dobrze i zakwalifikuje się na igrzyska w Paryżu, tak jak przed Tokio w Poznaniu, albo nie dobiegnie, bo zdarzało się, że nie kończyła treningów z powodu bólu.

„Skoro nie dobiegnę, to się nie dostanę na igrzyska, a skoro się nie dostanę na igrzyska, to nie ma już sensu tego robić, bo już mam 34 lata, moje ciało mi mówi ewidentnie wielkie stop”.

Była zmęczona walką o powrót, a jednocześnie usatysfakcjonowana karierą. „Miałam poczucie, że jest jakaś część mojego życia, która mi właśnie ucieka, a którą też bym chciała dogonić”.

Co czuła godzinę po tym biegu?

„Ulgę. Ja myślę, że miałam ulgę już”. Z jednej strony nie chciała odpuścić, bo podjęła rękawicę, „a z drugiej strony byłam już cholernie zmęczona i potrzebowałam tego odpoczynku”.

Dzieci patrzą, a nie słuchają

Co powinien wiedzieć rodzic nastoletniej zawodniczki? Ania zastrzega, że nie jest rodzicem i nie chce nikogo pouczać, bo rodzicielstwo uważa za strasznie trudne. Jedno jednak widzi: dzieci traktują dorosłych jak kierunkowskazy i „działają na zasadzie powtarzania tego, co widzą u swojego autorytetu, czyli bardzo często rodzica”.

„Jeżeli rodzic jest aktywny fizycznie, jeżeli rodzic umie się komunikować i nadawać komunikaty właśnie jasno (…) no to też trochę łatwiej będzie temu dziecku samemu nabrać tych umiejętności”.

U niej w domu najważniejsza była rozmowa. Z mamą rozmawiała o wszystkim i przez długi czas to mama była pierwszą osobą, której mówiła o tym, co ważne.

Potem o miesiączce. Zawodniczki unikają rozmowy z trenerem o cyklu, ale problem leży też po stronie trenerów, i mężczyzn, i kobiet. Trenerki często opierają się tylko na własnym doświadczeniu i je powielają. „Bez menstruacji nie byłoby ludzi na świecie”, przypomina Ania, a hormony u kobiet falują co miesiąc. To normalny temat i nie trzeba wokół niego chodzić na paluszkach.

Trenerzy też muszą się zmienić

Większy problem widzi w komentarzach o wadze. Jako przewodnicząca rady zawodniczej w PZLA, a dziś delegatka w PKOl, słuchała zawodniczek, wobec których trenerzy używali obraźliwych epitetów. Rozumie, skąd to się bierze, bo jej pokolenie wychowało się w twardym, chłodnym sporcie. Ale młodzież się zmienia i lepiej zna swoje prawa. Skoro zawodnicy potrafią przystosować się do nowych realiów, to trenerzy też.

„Niech trenerzy też się zaadaptują do nowych realiów i się nauczą inaczej komunikować, żeby komuś nie robić krzywdy”.

Bez wsparcia trenerów nawet utalentowany zawodnik „zniknie z tej mapy. A potem będziemy mówili, że my nie mamy utalentowanej młodzieży”. Nie chodzi o głaskanie po głowie, tylko o to, żeby „rozmawiać jak z człowiekiem”. Stowarzyszenie chce przygotować poradnik prostej komunikacji dla trenerów, trenerek i zawodników.

Czy polska lekkoatletyka potrzebuje dziś bardziej nowych trenerów, czy nowych zawodników? Ani jednych, ani drugich. „Nie rewolucji, ale ewolucji tych, którzy już są”.

Czy zrobiłaby to jeszcze raz

Wiedząc wszystko, co wie dziś, wybrałaby sport jeszcze raz? Ania się nie waha. Sport bardzo ją rozwinął jako osobę i uważa go za genialne narzędzie do rozwoju osobowości i kompetencji.

„Uprawiając sport, czy chcesz, czy nie chcesz, musisz pewne rzeczy powtarzać (…) musisz wyznaczać cele, musisz być ambitny, a to wszystko zaprocentuje ci potem w każdej innej dziedzinie życia”.

Na koniec szybkie pytania. Do wyczynowego sportu nie wróciłaby, nawet gdyby Achilles przestał boleć. A olimpijskie srebro ze sztafety zamieniłaby nawet na indywidualny brąz. „Kolor nie ma znaczenia tak naprawdę na przyszłość”, mówi, a indywidualny występ daje większą satysfakcję, bo rywalizacja jest większa.

Ściąga z rozmowy

Jak dbać o siebie, kiedy bardzo ci zależy

  1. Oddziel nerwy od przygotowania

    W pracy Kiedy przed prezentacją głowa podsuwa najgorszy scenariusz, przypomnij sobie, co masz przećwiczone, bo nerwy nie kasują przygotowania.

    Prywatnie Kiedy przed trudną rozmową masz ochotę wszystko odwołać, uznaj to za zwykłe nerwy, a nie za powód, żeby zrezygnować.

  2. Policz, ile razy przesunęła się granica

    W pracy Jeśli trzeci tydzień z rzędu pracujesz wieczorami „tylko teraz”, nazwij to wprost, bo to już nie wyjątek, tylko nowa norma.

    Prywatnie Jeśli od tygodni trenujesz mimo bólu, zrób przerwę i sprawdź, co się dzieje, zanim dołożysz kolejny trening.

  3. Ludzie powtarzają to, co widzą

    W pracy Jeśli chcesz, żeby inni szanowali twój czas po pracy, nie odpisuj wieczorem na służbowe wiadomości.

    Prywatnie Jeśli chcesz, żeby dziecko się ruszało, zabierz je na swój spacer albo trening, zamiast mu to powtarzać.

Na jutro Przed najbliższym stresującym momentem powiedz sobie wprost, że to nerwy, a nie brak przygotowania. Ochota, żeby uciec, nie znaczy, że trzeba uciec.

Lekcje pochodzą z rozmowy. Przykłady z pracy i z domu dopisałem sam.

To, o czym rozmawiamy, opowiadam też na scenie.

Prelekcje i warsztaty dla konferencji, zespołów technicznych i działów HR.

Zobacz tematy